Maraton Rowerowy Dookoła Polski 

Wstęp 

Mój udział w poprzedniej edycji MRDP w 2017 roku (impreza w pełnej pętli odbywa się w cyklu czteroletnim), pozostawił pewien niedosyt. Wprawdzie przejechałem całą trasę, ale spóźniłem się 4 godziny i 19 minut ponad wymagany limit przejazdu wynoszący 10 dni, a to przecież on determinuje wysoki poziom trudności tego wyzwania.

W tej edycji przebieg trasy został przez Daniela poddany dosyć licznym korektom. Główne zmiany to ominięcie Trójmiasta w początkowej fazie, dzięki czemu mieliśmy uniknąć nieprzyjemności jakie przysporzył przejazd przez tę aglomerację 4 lata wcześniej. Dalej wypadła przeprawa promem w miejscowości Mikoszewo, tym razem Wisłę przekroczyć mamy położonym bardziej na południe mostem w Kiezmarku. Całkowita liczba promów na trasie (2) nie uległa jednak zmianie, ponieważ tuż za Kleszczelami, na ścianie wschodniej, przyklejamy się bardziej do granicy z Białorusią i na drugi brzeg Bugu przeprawiamy w miejscowości Mielnik. Kolejna znacząca zmiana, to ominięcie Gorlic oraz Ropy w Beskidzie Niskim, przez co trasa miała zwinąć kilka dodatkowych i wymagających podjazdów.

Modyfikacje te nie pozostały bez wpływu na długość trasy – tym razem uzbierała się okrągła liczba 3200  kilometrów, przy czym dziesięciodniowy limit pozostawał bez zmian. Zgrubna kalkulacja pokazuje, że do „urwania” w tej edycji poza ponadlimitowymi 4,5 godzinami, mam jeszcze dodatkowe ~3 godziny związane z wydłużeniem trasy o 60 km. Na pocieszenie miała być sumarycznie odrobinę lepsza jakość nawierzchni 😉

Przygotowania i sprzęt

W czasie zimy poprzedzającej start, w planach miałem zamiast skupiać się na samym rowerze czy spinningu, trochę więcej popracować nad ogólnym rozwojem. Udało mi się jedna załapać może na dwie sesje zajęć na siłowni i została ona zamknięta w związku ze wzrostem zachorowań. Rozglądając się za alternatywą, zdecydowałem się na kurs Damiana Bugańskiego „Wszechstronne Ciało Filar 2”, którego kanał na YT śledziłem zresztą od dłuższego czasu. Zakupiłem porządny drążek, który zamontowałem nad drzwiami i krok po kroku wykonywałem plan trwający w sumie 14 tygodni.  Całość zakończyłem w okolicy lutego, a efekty były dla mnie bardzo zadowalające – znacząco wzmocniony core, większa siła, mobilność i nawet udało się trochę skorygować przodopochylenie miednicy. Czułem się lepiej sam ze sobą, ale wypadałoby w końcu zacząć coś jeździć na rowerze 😉 Niestety ani okoliczności życiowe, ani pogoda nie zachęcały do kręcenia. Dobrze, że kolega Makyo czasem wyrywał mnie na terenowe przejażdżki, bo byłaby klapa. Zaskoczeniem dla mnie był fakt, że pomimo długiej przerwy w jeżdżeniu, czułem że jest czym kręcić, a dodatkowo transfer energii dzięki lepszej stabilizacji centralnej był skuteczniejszy. Ale to za mało – wytrzymałość kulała, a czas uciekał.

Sytuację uratowała niespodziewana trzytygodniowa delegacja w okolice trójstyku granic Niemiec, Szwajcarii i Francji. Piękne górzyste tereny, było gdzie popracować nad formą. Bezpośrednio po powrocie, rzutem na taśmę, zdecydowałem się na start w Maratonie Podróżnika na dystansie 300 km. Kontrola dyspozycji wyszła przyzwoicie, z nieco ponad 4000 metrów przewyższeń i czasem 12:27 zamykam pierwszą dziesiątkę. Pozostało zrobić kilka drobnych wypadów mających na celu przetestować docelowy setup rower-bagaż-człowiek. Jeśli jestem już przy sprzęcie – klika osób mnie prosiło o podanie listy rzeczy które spakowałem i wiozłem ze sobą, więc postanowiłem podzielić się tymi szczegółami, przy okazji tej relacji.

 

 

 

 

Dojazd i czas przed startem

 

Start Maratonu ma miejsce 19 sierpnia o godzinie 12 w południe, spod latarni morskiej Rozewie, czyli w okolicach najbardziej wysuniętego na północ obszaru Polski. Na miejsce startu docieram z Katowic koleją dzień wcześniej.

Początkowo jadę sam, ale już w połowie trasy cały przedział rowerowy obsadzony jest ekipą MRDP 🙂

Podróż mija więc dosyć szybko i sympatycznie. W Gdyni przerwa na obiad i przesiadka na pociąg do Władysławowa. Dalej pierwsze doświadczenia z brukowaną nawierzchnią i późnym popołudniem meldujemy się w bazie zawodów w Jastrzębiej Górze. Wieczorem kolacja i pogaduszki z innymi uczestnikami. Atmosfera jest dosyć swobodna, nie czuć żadnej napinki czy podenerwowania i jest sympatycznie. Wieczorne rozmowy w pokoju przeciągają się prawie do północy.

Po dosyć rwanej nocce wstajemy około godziny 6. Z balkonu na którym trzymaliśmy rowery, w oddali widać słynną latarnię.

Niebo zasnute jest ciemnymi chmurami, które przemieszczają się bardzo szybko. W nocy padał deszcz, więc jest mokro i wilgotno. Pozostaje mieć nadzieję, że do południa się trochę wyklaruje. Śniadanie w formie bufetu znika ze stołów bardzo szybko. Pomimo, że przyszedłem jako jeden z pierwszych, to po chwili nie mam w czym wybierać i udaje mi się złapać tylko 2 parówki i trochę pieczywa. Apetyt Maratończyków jest nieposkromiony 🙂 Obsługa donosi jedzenie, ale udaje mi się jeszcze załapać tylko na 2 naleśniki. Przeczekuję pierwszą falę i po dobrej godzinie w końcu udaje mi się dorwać jajecznicę. Na szczęście czasu jest jeszcze sporo i nie trzeba się gonić. W tym przypadku start w samo południe to dobre rozwiązanie. Można się na spokojnie przygotować i udaje się uniknąć niepotrzebnej nerwówki.

Pod samą latarnię idziemy niespiesznie, spacerkiem. Wygląda to trochę jak marsz skazańców 😉 Robię pamiątkowe zdjęcia i odbieram tracker, dzięki któremu będzie można śledzić moją pozycję na trasie.

Przed samym startem łapie mnie jeszcze Gustav z kamerką, więc mam swoje 5 minut na filmiku 😉