Poland Gravel Race 2022

Przemyśl – Głodówka k/Zakopanego

547 km | 10625 m

Mój kalendarz wyścigowy na ten rok był pusty, choć z tyłu głowy miałem plan, by jakąś jedną imprezkę zahaczyć w trybie „last minute”, zależnie od dostępności wolnego czasu i obecnie prezentowanej formy. Biorąc pod uwagę świetne opinie krążące o trasie Poland Gravel Race, oraz znaną mi dobrze jakość organizacyjną spod marki Koło Ultra, wybór był prosty. I choć ilość moich kilometrów w bieżącym sezonie nie powala, to wyjeżdżone ponad 2 intensywne tygodnie po górach gruzińskiego Kaukazu, dają solidny grunt pod start w PGR. Jednym słowem, tyłek i inne struktury zostały już odpowiednio uklepane pod geometrię Bogana 🙂

 

Jeśli już przy sprzęcie, to założony tuż przed system bezdętkowy sprawdził się na wyprawie znakomicie, więc ze zmian pozostało jedynie możliwie mocno zredukować bagaż. Ze sprzętu biwakowego zostawiam więc śpiwór i cienki dmuchany materac, a z dodatkowych ubrań nogawki, oraz kurtkę przeciwdeszczową. Dzięki temu wypada całkowicie podsiodłówka i torba na kierownicę, którą zastępuje jedynie mała torebka 3,5 litra na akcesoria od Ortlieba. Podstawowy zestaw do spania jest mi niezbędny, ponieważ każdej nocy zamierzam odpocząć około 3 godzin, dzięki czemu mam zachować względną przytomność, oraz zminimalizować dystans przebyty w ciemnościach, kiedy to nie można podziwiać widoków. Czasy szaleńczego zarywania dwóch nocek z rzędu już raczej minęły 😉 Limit w tym wyścigu nie jest zbyt wymagający i wynosi 80 godzin. Ja za cel obieram sobie prostą do kalkulacji cyfrę – 54 godziny na 540 km, co powinno pozwolić przyjechać na metę akurat na obiad, z możliwością drzemki przed wieczornym ogniskiem. Taki czas powinien umożliwić zrealizować zakładane dwie przerwy na sen, przy czym sama jazda musi być dość zdyscyplinowana, bez zbędnego pitu-pitu.

 

Przygoda zaczyna się już sporo przed startem – kilkugodzinne opóźnienia na kolei powodują, że do Przemyśla docieram zupełnie innym pociągiem niż zamierzałem. Moja miejscówka nie obejmuje tego składu, więc dosłownie „kibluję” na tyłach. Na miejscu jestem grubo po 1 w nocy.

Na szczęście jestem przygotowany i mam ze sobą namiot, więc rozkładam się po ciemku w pobliskim parku miejskim, gdzie udaje mi się złapać może ze 3h snu. Zbieram się około 5, wraz ze wschodem słońca, bo godzinę startu mam ustaloną z grupą o 7:50. Śniadanie i toaletę robię na pobliskim Orlenie. Średnio przytomny, nieświeży i z hot dogiem na żołądku – grunt, to odpowiednia zaprawa już od samego początku 😀

Po odebraniu pakietu startowego i lokalizatora GPS, jest jeszcze czas na pogawędki ze znajomymi i kilka fotek.

Ruszamy 15-osobową grupą. Pogoda póki co przyjemna, ale na noc zapowiadane są jakieś tam opady. Od razu na start solidny asfaltowy podjazd pod antenę, kilka osób jedzie zakosami, ktoś nawet prowadzi.

Dość szybko doganiam wcześniejsze grupy, w tym Marzenę Szymańską. Chwilę jadę z Tomkiem Wyciszczakiem i w czasie gdy wspominamy ubiegłoroczny start w MRDP, zjeżdżamy z trasy – 2 km gratis 🙂

Początkowo jest jeszcze sporo asfaltów, jedzie się dość efektywnie. Gdy zbliża się południe, słońce zaczyna już piec solidnie, co jest szczególnie dokuczliwe na stromych, eksponowanych podjazdach. Wyprzedzam tu sporo osób, to ten etap wyścigu, gdzie są duże przetasowania i cała stawka się dopiero układa. Dogania mnie z kolei Adam Szczygieł na swoim trekkingu 😉 Mówi, że zanim kupi coś poważniejszego, chce sprawdzić czy bardziej terenowe wyścigi są w ogóle niego.

Wspólnie zjeżdżamy do wyczekiwanego przez wielu sklepu. W sercu Bieszczadów poza głównymi drogami jest problem z zaopatrzeniem, a woda przy tej pogodzie schodzi bardzo szybko. Mijałem wiele mocno wyczerpanych jak na ten etap trasy osób prowadzących rowery. W środku duża kolejka, wszyscy kupują picie. W czasie oczekiwania wypijam zimnego radlera 0%, smakuje jak nigdy wcześniej. Odkrywam tu, że z czoła opony tylnego koła wycieka powoli mleko, ale mam nadzieję, że się to zasklepi. Zaledwie 10 km dalej, w Czarnej Górnej, zatrzymuję się ponownie, bo dowiaduję się że to ostatni sensowny punkt zaopatrzeniowy i postanawiam zjeść obiad zachwalany przez wychodzących już z lokalu uczestników. Pan za kasą sprawia wrażenie, jakby to był jego najgorszy dzień w pracy. Do każdego klienta praktycznie wykrzykuje, że jest sam, że będzie trzeba długo czekać, że kucharka jest jedna i ma tylko 6 palników, że ma w nosie co tam sobie napiszą w opiniach. Wkurzony pyta czy dużo jeszcze tych rowerzystów będzie. Nie uspokajam go mówiąc, że jeszcze z dwustu to będzie tu przejeżdżać. No cyrk 😀  Zjadam pomidorową, ziemniaki i surówki, ale na mięso jest za ciepło, więc schabowego pakuję i chowam na nockę. Kawałek dalej znajduję czyjąś zgubę w postaci dwóch dobrych bananów. Sobie myślę, że jeszcze ktoś je rozjedzie, więc trzeba się zaopiekować 😉

Pod wydostaniu się na asfalt, już po ciemku, osiągamy najwyższy punkt całej trasy, czyli 1691 metrów. Żeby się zaopatrzyć na biwak, musimy jednak zjechać około 15 km do Petry, głównie szutrowymi nitkami. Ten odcinek jest dla mnie szczególnie męczący, moja czołówka co chwilę się wyłącza. Przy bateriach litowych, które z założenia mają dużo większą żywotność, jednak przy trochę innych parametrach prądu, jej elektronika świruje. Na stromiznach robi się więc niebezpiecznie, szybko też znika mi z oczu migające światełko Michała. W pewnym momencie, tuż obok drogi zauważam pumę! Na szczęście okazuje się, że to tylko osiołek, ale nieźle się wystraszyłem 😀 Zmęczenie i ciemności powodują, że umysł płata takie figle. Widok na rozświetlone miasto umila zmagania z terenem.

Zdjęcie autorstwa Michała z galerii >klik<

W mieście brutalne zderzenie z komercją, która po wielu godzinach spędzonych na odludziach, razi nas szczególnie. Nie można spokojnie stanąć pod knajpą i obejrzeć menu, bo od razu atakują różnego rodzaju naganiacze.

Zwiedzanie skalnego miasta nie wchodzi w grę, to braliśmy pod uwagę jedynie przy bardzo dobrych postępach na trasie. Problemy z kołami w pierwszych dniach sprawiły, że trzeba zapomnieć o dodatkowych atrakcjach. Przyjechaliśmy tu na JBT i jego ukończenie jest dla nas priorytetem, a na zwiedzanie powinno się mieć w zapasie minimum jeden cały dzień.

Zdjęcie autorstwa Michała z galerii >klik<

Dłuższa przerwa i cały ten harmider sprawiają, że opadamy z sił jeszcze bardziej. Żeby się wydostać z miasta, konieczne jest pokonanie kolejnych podjazdów, co nam się nie uśmiecha bynajmniej. Nauczeni doświadczeniem wiemy też, że szukanie miejsca pod namiot w ciemnościach, na najczęściej nachylonym i kamienistym terenie do łatwych nie należy. Odpalam Booking i z zaskoczeniem znajduję miejsce w hostelu w cenie 20 zł za osobę, co w tak turystycznej miejscowości jest aż śmieszne. Mało tego, znajduje się on w zasadzie za naszymi plecami 🙂 Klikam bez większego zastanowienia w rezerwację i idziemy na miejsce, gdzie wszystko staje się jasne – w naszym pokoju poza łóżkiem piętrowym jest tylko tyle miejsca, by się na nie jakoś dostać 😀 Dodatkowo otwierając przesuwne okno, zamyka się je sąsiadowi z pokoju obok 😀 Z drugiej strony nie jest to głupie rozwiązanie,bo daje większą prywatność, przy cenie jak za w wieloosobową salę w schroniskach młodzieżowych.

Zdjęcie autorstwa Michała z galerii >klik<

Po ogarnięciu lokum, idziemy na miasto. Na kolację decydujemy się na pizzę, która okazuje się wątpliwej jakości, za to przy cenach 2-3 razy wyższych, niż nas Jordania zdążyła przyzwyczaić. Kolejny intensywny i pełen wrażeń dzień za nami, w trakcie którego udało się pokonać pełne 2 etapy szlaku.

Dzień 9:

Petra – Wadi Rum

114 km | 1539 m

Petrę opuszczamy wczesnym porankiem, naganiacze jeszcze nie zaczęli pracy, więc można  w spokoju przejechać przez miasto i rzucić na nie okiem 🙂

Zdjęcie autorstwa Michała z galerii >klik<

W kolejnym niewielki miasteczku leżącym na trasie, zatrzymujemy się w barze z falafelami. Ceny wróciły do normy, a dodatkowo jednego dostajemy gratis.

Przed nami do pokonania jeszcze kilka poważniejszych wzniesień, jednak niebawem mamy już stopniowo obniżać wysokość. Dzięki temu co rusz otwierają się nam piękne widoki w kierunku naszej dzisiejszej destynacji, którą jest pustynia Wadi Rum.

Zdjęcie autorstwa Michała z galerii >klik<
Zdjęcie autorstwa Michała z galerii >klik<

Wielbłądy jakoś sobie radzą 😉

Spotykamy coraz więcej przedstawicieli lokalnej fauny.

Pojawiające się na horyzoncie formacje zdradzają, że nasz dzisiejszy cel jest coraz bliżej.

Zdjęcie autorstwa Michała z galerii >klik<

Po pewnym czasie droga zanika, pojedyncze ślady na piasku rozjeżdżają się w różnych kierunkach, a my jedziemy tak, by mniej więcej trzymać się określonego kierunku.

Przecinając niewielką osadę, spotykamy miejscowego kolarza, na jakże ekstrawaganckim sprzęcie 🙂

W końcu docieramy na asfalt, który poprowadzi nas już bezpośrednio pod bramy Wadi Rum.

Jest to druga najbardziej popularna atrakcja turystyczna Jordanii, zaraz po Petrze. Na szczęście o tej porze dnia, ale też porze roku, ruch jest bardzo niewielki. W centrum turystycznym kupujemy bilety i pozwalamy sobie na mały wypasik.

Zdjęcie autorstwa Michała z galerii >klik<

Jeden z obecnych tu naganiaczy pyta nas czy mamy gdzie spać, oraz próbuje namówić na transport przez pustynię jeepem, twierdząc że z takimi oponami nie mamy szans przejechać. Ale nie z nami te numery 🙂 Odpowiadam że przedostaniemy się choćby przepychając rowery pieszo, co ucina rozmowę.

Gdy w końcu ruszamy, jest już całkiem ciemno. Mniej więcej w połowie drogi do Wadi Rum Village, zjeżdżamy kilkaset metrów w bok, by rozbić obóz, ale nawet tutaj przeganiają nas jakieś psy. W końcu znajdujemy dogodne miejsce. Mamy piękne gwieździste niebo, w które wpatruję się dłuższy czas przed spaniem, leżąc z głową poza namiotem. Mega klimat i super zwieńczenie naszej wyprawy! 🙂

Zdjęcie autorstwa Michała z galerii >klik<

Dzień 10:

Wadi Rum – Aquaba (Morze Czerwone)

80 km | 435 m

Przed nami ostatni dzień jazdy i tym samym ostatni odcinek Jordan Bike Trail. Mamy pewne obawy jak to pójdzie, bo wg opisów kilkanaście kilometrów pustyni ma być nieprzejezdne, co by oznaczało kilka godzin pchania. Jesteśmy na to odpowiednio przygotowani i zaopatrzeni, ale problemem jest czas. Już jutro mamy loty powrotne, a z Akaby, która jest celem na dziś, musimy jeszcze jakoś zorganizować transport do stolicy oddalonej o 330 km.

Z tego powodu zbieramy się możliwie wcześnie i zajeżdżamy do wioski Wadi Rum, gdzie udaje nam się znaleźć jeszcze fajną knajpkę.

Zdjęcie autorstwa Michała z galerii >klik<

Zjadamy pyszne i solidne śniadanie, obniżamy ciśnienie w oponach i wyraźnie podekscytowani ruszamy na podbój pustyni 🙂

Zdjęcie autorstwa Michała z galerii >klik<

Jadąc po śladach samochodów terenowych, prowadzić trzeba jedynie na krótkich odcinkach, co pozwala nam patrzeć na nasz plan dotarcia do celu popołudniem z optymizmem. Im dalej, tym przebieg drogi staje się coraz mniej oczywisty, a ślady rozjeżdżają się w różnych kierunkach.

Pierwszych kilkanaście kilometrów to jeszcze zdobywanie wysokości, aż na wysokość ponad 1000 m, ale jako że docelowo mamy się dziś znaleźć nad morzem, to w końcu powinno być zdecydowanie w dół.

Zdjęcie autorstwa Michała z galerii >klik<

Starając się trzymać śladu na mapie, często jedziemy po prostu po bezdrożach i ku naszemu zaskoczeniu, większość czasu daje się sprawnie jechać po dość twardym podłożu.

Jak to na pustyni, słońce pali niemiłosiernie. W miejscach gdzie mniej dokładnie nałożyłem krem, szybko pojawiają się poparzenia. Klimat miejsca jest tak niesamowity i niecodzienny, że można poczuć się jak w filmie 🙂

Zdjęcie autorstwa Michała z galerii >klik<
Zdjęcie autorstwa Michała z galerii >klik<
Zdjęcie autorstwa Michała z galerii >klik<

Droga staje się bardziej kamienista, każdy z nas jedzie sobie swoją ścieżką, byle blisko tracka, na zachód.

Jesteśmy już na kompletnym pustkowiu. Miało być w dół, ale to chyba jeszcze nie teraz 😉 Początkowy entuzjazm trochę maleje, gdy w samo południe niespodziewanie wyłania się przed nami kolejny podjazd. Każdy zmaga się z nim w skupieniu i milczeniu.

W końcu, po 40 km zmagań z piaskami, docieramy do niewielkiej miejscowości Tutun, gdzie znajdujemy kawałek cienia. Kilkanaście zabudowań na krzyż, ale zaczepiają nas oczywiście miejscowe dzieciaki. Rozumiemy w zasadzie tylko „money”, chcą nas chyba też chyba zabrać do jakiegoś sklepu, ale mówimy że nie potrzebujemy. Na odchodne lecą za nami pojedyncze kamienie 😉

Kawałek dalej zjeżdżamy na asfalt, więc dobijamy powietrze do opon. Zaczepia nas tutaj patrol wojskowy, pytają skąd jesteśmy i dokąd jedziemy, po czym uczulają, żeby nie jechać w przeciwnym do naszego kierunku, ponieważ znajduje się tam „military zone”. Ma to sens, w końcu znajdujemy się bardzo niedaleko granicy z Arabią Saudyjską.

Teraz pozostaje głównie jazda w dół i przede wszystkim po twardym podłożu.  Czasowo jesteśmy z fajnym zapasem, wiec powinno się udać uniknąć niepotrzebnej nerwówki na koniec.

Szybki przeskok z klimatów pustynnych, w nadmorskie. Jordania posiada jedynie 26 km wybrzeża na Morzu Czerwonym, na zatoce Akaba. Ten dostęp ma jednak kluczowe znaczenie dla transportu i rozwoju kraju.

Samo miasto, to już rozwinięty i pełnowartościowy kurort turystyczny. Zjeżdżamy na wybrzeże, gdzie ma miejsce koniec naszego szlaku. Na przeciwnym brzegu zatoki widoczne są wzgórza i zabudowania izraelskiego Eljatu. Moczę symbolicznie koła oraz buta w słonej wodzie. JBT zaliczony! 🙂

Pozostaje należny popas w Maczku i znalezienie dworca autobusowego. Nie jesteśmy pewni, czy uda się zabrać do stolicy z rowerami, to zawsze ryzyko. Na szczęście nie ma z tym większego problemu. Podróż niezbyt przyjemna – jest ciasno i głośno, po arabsku. Dodatkowo niedaleko za miastem autokar się zatrzymuje i nagle wszyscy zaczynają wysiadać. Mamy nadzieję, że to jakaś przesiadka i zaraz zrobi się luźniej, ale okazuje się, że służby celne przeprowadzają kontrolę bagażu. Akaba to strefa bezcłowa, stąd całe zamieszanie.