Cześć! Mam na imię Marceli, pochodzę z Tychów, ale od kilku lat mieszkam w Katowicach. Jeżdżę na rowerze. Czasem więcej, czasem mniej. Czasem wolniej, czasem szybciej. Średnio wychodzi kilkanaście tysięcy kilometrów rocznie. Rower służy mi głównie do przemieszczania się (ej, no raczej 😉 ). Czasem tylko do pracy, a czasem na koniec kontynentu. Uwielbiam się przemieszczać, obserwować zmieniające się krajobrazy, ludzi i kulturę. Lubię przy tym sypiać na dziko. Od zawsze fascynował mnie ten typ turystyki, ale dopiero kilka lat temu postanowiłem po prostu zacząć to robić. Kupiłem rower, niedługo później pierwsze sakwy, no i po prostu zacząłem.

Obecnie z łezką w oku wspominam swoje początki. Ta niepewność, czy dam radę dojechać 20 km do Katowic, do przyszłej jeszcze wtedy małżonki. Kanapki na drogę i te sprawy 😉 Obecnie trasę tę pokonuję w dwie strony podczas dojazdów do pracy 🙂 Dalej było już z górki – nowe miasta, województwa i w końcu państwa. Dołączyłem do zabawy na zaliczgmine. Poza frajdą związaną z przekraczaniem granic państw czy województw, zaczęło mnie też fascynować pokonywanie własnych barier fizycznych. Bardzo wciągnęła mnie jazda długodystansowa, czyli pokonywanie non-stop kilkuset kilometrowych tras. Wielka przygoda i satysfakcja – wsiąść na rower pod blokiem i po kilkunastu czy kilkudziesięciu godzinach, podziwiając wschody i zachody słońca na trasie, dotrzeć do Pragi, Wiednia, czy nad polskie wybrzeże! Dalej próby swoich sił w zorganizowanych ultramaratonach. A więc sport, rywalizacja, badanie jak wypadnę na tle innych. Było nie najgorzej, na kilkudziesięciu startujących przeważnie plasowałem się w okolicach drugiej dziesiątki. Nowe znajomości, nowe inspiracje. Trochę to było dla mnie zwariowane. Ja, będący w czasach młodzieńczych ze sportem na bakier, nagle ścigam się na dystansach 500 czy 600 km! Zacząłem nawet brać udział w szosowych „ustawkach” w swoim mieście. Raczej z ciekawości, ale trzeba przyznać, że uciekające koło grupy to niesamowity motywator i pomimo że nieraz jest się już całkiem „porzyganym”, to człowiek jest jeszcze w stanie uruchomić jakieś rezerwy, po które nie ma szans sięgnąć podczas samotnej jazdy. Dzięki temu w tym okresie moja wydolność była najwyższa. Aby jednak aspirować o lepsze miejsca w ultra, trzeba by oddać się poważniejszym treningom, zainwestować w lepszy sprzęt. Chciałem jednak uniknąć sytuacji, by jazda na rowerze stała się jakimś obowiązkiem. Trenażery, pulsometry, pomiary mocy – to nie moja bajka. Namiot, materacyk, spontaniczny nocleg pod chmurką… o to, to! 🙂 Równolegle do startów, organizowałem więc własną rękę samotne kilkudniowe wyjazdy, w bardziej turystycznym duchu. Lubiłem jeździć samotnie, z przygodami, ale z drugiej strony polubiłem też bardzo atmosferę zawodów. Idealnym połączeniem okazały się być starty w wielodniowych ultra na dystansach rzędu kilku tysięcy kilometrów, o czym przekonał mnie start w Maratonie Rowerowym Dookoła Polski.  Piękna, niesamowicie intensywna przygoda i nowe, nieznane dotąd horyzonty.

Gdy tylko jest taka możliwość, podczas startów wybieram kategorię solo. Preferuję też wyścigi samowystarczalne (tzw. selfsupported ), podczas których od startu do mety jesteś zdany sam na siebie, a organizator nie zapewnia w przebiegu trasy żadnych punktów wsparcia. Wtedy liczy się przede wszystkim to, jak przygotujesz siebie i swój sprzęt. Podczas jazdy tworzycie jedność i właśnie od tego, jak całość będzie ze sobą współgrać, zależy w głównej mierze ostateczny rezultat. Podoba mi się to, że przygotowania do tego typu imprez, to najzwyczajniej w świecie testowanie i docieranie poszczególnych elementów, podczas normalnych, nieraz czysto turystycznych wyjazdów. Tak więc o ile do samego startu staram się przygotować możliwie solidnie, to już na czas trwania „imprezy” po prostu rzucam się w wir przygody. Nie lubię jeździć według jakiegoś schematu, od punktu do punktu. Nie planuję dziennych przebiegów, a jedynie układam sobie ogólny zarys w głowie. Bo jakiś tam plan trzeba mieć, choć i tak z reguły wychodzi zupełnie inaczej. Lubię tę niepewność związaną z niewiedzą gdzie danego dnia wyląduję – czy może dziś na kilka godzin zamieszkam w lesie, na łące, czy też może w polu kukurydzy? 🙂 Tak więc sprzęt biwakowy, pomimo że jest sporym balastem, pozwala mi jeździć i doświadczać w sposób jaki lubię.

Właśnie to podejście powoduje, że podczas moich wojaży miewam sporo przygód, czy też niekonwencjonalnych noclegów (jak np. w walcu drogowym, czy przydrożnej kapliczce). Przeżycia te staram się opisywać w relacjach, które znajdziesz właśnie na tej stronie. Wiele z nich zostało napisane wcześniej i porozrzucane były po rożnych zakamarkach sieci (FB, Wykop), ale w wolnej chwilach staram się wszystko zbierać tutaj do kupy, by mieć swój jeden kącik wspomnień. I choć sam lubię czasem do nich wracać, to jest mi również bardzo miło słysząc, że kogoś jeszcze zainteresują czy nawet inspirują. Nie zależy mi by miejsce to było jakoś wielce popularne, nie ma formy bloga, z regularnymi wpisami itp. Myślę że kto jest zainteresowany tematem, ten znajdzie czego potrzebuje 😉 Teksty są pisane raczej luźno, niektóre na ciepło, w pośpiechu i niepoprawnie stylistycznie. Tak więc nie należy się tu spodziewać jakichś wypracowań. Zdania są przeplatane wieloma zdjęciami, również miejsca noclegu staram się fotografować, bo są one dla mnie równie ważnym elementem moich rowerowych przygód.

Na koniec chciałbym też tutaj zamieścić słowa uznania dla mojej małżonki Laury, która nieprzerwanie od kilku lat wspiera mnie w realizacji mojej pasji, nieraz dodaje otuchy w chwilach kryzysu, a w czasie gdy ja np. błąkam się po krzaczorach Europy, ogarnia resztę codziennych około rodzinnych spraw 🙂 Dziękuję :*