Dzień 9:

Novaci (RO) – Alba Iulia (RO) 

149 km | 3532 m

Dziś czeka mnie podjazd na najwyżej położoną drogę Rumunii (przełęcz Urdele – 2145m). Od rana pogoda nie zachęca. Spałem na ok 700m, więc trochę wspinaczki mnie czeka. Krajobrazy inne niż na Transfogaraskiej. Wydają mi się bardziej surowe.

Na około 1500m, w miejscowości Rânca, spotykam sakwiarza na Krossie. Już marka roweru zdradza jego narodowość, więc kawałek podjeżdżam wspólnie z chłopakiem z Warszawy. Jego tempo jest jednak bardzo mozolne, więc dalej podjeżdżam swoje i umawiamy się, że spotkamy się już na przełęczy.

Powyżej 2000m drogę spowija kilmatyczna mgła. Na krótkim postoju, ktoś żebrze ode mnie żelki 😉

Po przejechaniu na druga stronę pierwszej przełęczy, pogoda klaruje się. Asfalt bardzo dobry, więc mknie się w dół bardzo przyjemnie. Po chwili jednak, ponownie zaczyna się podjazd, tym razem już na tę właściwą przełęcz.

Urządzam sobie posiłek w pięknej scenerii i czekam na kolegę. Niestety przez dobrą godzinę nie nadjeżdża, więc postanawiam ruszać dalej. Zjazdy bajka – ta droga zdecydowanie wygrywa u mnie z Fagaraską.

Wrażenie psuje jednak trochę fakt, że tuż przy drodze można spotkać prowizoryczne obozowiska z ludźmi, którzy zbierają tutaj grzyby i jagody na skalę przemysłową. Dosłownie – po prostu wyjeżdżają stąd samochody dostawcze pełne skrzynek z owocami lasu. Same jagody zbierane są za pomocą wielkich jakby grzebieni. W sumie przykry widok.

Dalej czeka mnie jeszcze jedna wspinaczka na wysokość 1700m, by w końcu rozpocząć w zasadzie 100 km zjazdu, aż pod miasteczko Alba Iulia, gdzie po dłuższych poszukiwaniach, już po zmroku rozbijam się za poletkiem kukurydzy. Wcześniej, po drodze, spotykam jeszcze parę sympatycznych Niemców. Maja ciekawe zabezpieczenia przed zbyt blisko wyprzedzającymi pojazdami 🙂

Dzień 10:

Alba Iulia (RO) – Beliş (RO) 

159 km | 2610 m

W zasadzie dopiero o świcie mogę zobaczyć jak wygląda moja okolica. Odkrywam też, że jakiś gryzoń próbował przekąsić sobie moją owijkę. Na szczęście mu nie posmakowała.

Zwijam dobytek i po chwili jestem w Alba Iulia. Dziś czeka mnie kolejny pagórkowaty dzień, ponieważ kieruje się w stronę Karpat Zachodniorumuńskich (Góry Apuseni). Po 60 km łagodnego podjazdu na około 1000m , widoki znów zachwycają. Szczególnie urokliwe są rumuńskie wsie.

Przejeżdżając obok miasteczka Abrud, łapie mnie smak na puszke coli, więc postanawiam zjechać stromym i kamienistym skrótem do centrum.

Okazało się to błędem, bo obciążone bagażem przednie koło łapie snake’a i momentalnie zostaję uziemiony z dwiema dziurami w dętce. Łatać tego nie ma szans, więc muszę zdjąć przednie koło w celu wymiany na nową. Okazuje się to skomplikowane, bo wymagało odkręcenia bagażnika. Postanawiam przy okazji urządzić sobie przerwę obiadową, więc wstawiam wodę ze strumyka na ryż i biorę się za robotę. Po jakimś czasie, wzbudzam zainteresowania starszego pana z domku widocznego na zdjęciu.

Pokazuję mu na migi w czym rzecz i pytam czy w jakiś sposób przeszkadzam. Pokazuje że wszystko OK i pyta czy nie potrzebuję miejsca do spania. Ładnie dziękuję, bo jest jeszcze za wcześnie. Po chwili wraca do mnie uśmiechnięty z taką oto wałówką i tylko powtarza, że są BIO 😉

Słonina do jajecznicy przyda się jak najbardziej, więc wrzucam towar do sakwy, ładnie dziękuję i ruszam dalej.

Góry Apuseni sa bardzo malownicze. Na drodze często można spotkać wolno pasące się krowy ale także konie. Podjeżdżam jeszcze na przełęcz na wysokość ponad 1300m i jest tak ładnie, że zastanawiam się, czy czasem tutaj nie zrobić pięknego noclegu.

Orientuję się jednak, że nie mam kupionego prowiantu, więc muszę jechać dalej, by znaleźć jakiś sklep. Po zdaję sobie jednak sprawę, że przecież jest niedziela i sklepy w okolicy są już pozamykane, a żadnego większego miasta nie ma w promieniu kilkudziesięciu kilometrów. Cały czas jadę dalej i obmyślam co mam w sakwach i czy dam rade w miarę sensownie zjeść wieczorem, by nie pójść spać głodnym i odpowiednio się zregenerować w nocy. Na dnie sakwy mam zupkę chińską, którą wiozę na czarną godzinę i tabliczkę czekolady z Polski. No i mam przecież jeszcze ogórki i słoninę od gospodarza! 🙂 Postanawiam się więc rozbić niedaleko jeziora Giurcuța de Jos. Tym sposobem ląduję gdzieś w lesie.

Miejscówka klimatyczna, jednak okolica jest dosyć dzika i  dodatkowo jestem na wysokości powyżej 1000 m, więc ryzyko odwiedzin niedźwiedzia jest już realne. Tym bardziej, że zapach smażonej z makaronem słoniny penetruje z pewnością znaczny obszar lasu 😉 W obawie przed takim spotkaniem, ładuję wszystkie rzeczy związane z jedzeniem do reklamówki i zostawiam pod drzewem kilkadziesiąt metrów od namiotu. Na rano zostawiam sobie połowę tabliczki czekolady, by jakoś ruszyć z miejsca 🙂

W nocy budzi mnie głośne ujadanie psa, niedaleko mojego namiotu. Otwieram oczy i… nie widzę kompletnie nic. Jest tak ciemno, że nie ma żadnej różnicy, czy mam otwarte, czy zamknięte powieki. Pierwszy raz się z czymś takim spotykam i zastanawiam się, czy czasem nie oślepłem od tej wyrafinowanej kolacji 😉 Wszelkie wątpliwości rozwiewa ekran telefonu. Pies jednak ujada dalej, typowo na mnie, więc leżę w bezruchu i patrzę w tę czerń. Czasem daje się usłyszeć dźwięk dzwonka, więc wiem, że jest to prawdopodobnie pies pasterski. Chcę żeby sobie już poszedł, nie mogę spać. Po jakichś 30 minutach w końcu powraca cisza i zasypiam na nowo.

Dzień 11-12:

Beliş (RO) – Kosice (SK)

375 km | 1126 m

Rano okazuje się, że mój nocny gość dorwał się do mojej reklamówki z jedzeniem i wylizał garnek z pozostałości kolacji, ale także wciągnął moją czekoladę! 🙂 Znalazłem jeszcze zachomikowany mały batonik zbożowy, który dzięki temu że był szczelnie zamknięty jakoś przetrwał. Zjadam go więc z herbatą i ruszam w drogę. W pierwszej napotkanej wiosce kupuję makaron i kilka rzeczy na śniadanie. Okazuje się jednak, że nawet nie udało mi się porządnie zagotować wody, bo skończył mi się gaz. Zjadam więc taką niedogotowaną papkę z bananami i jogurtem. Dodatkowo makaron okazuje się być takim typowo jajecznym, ze zwykłej mąki pszennej . Obrzydlistwo 🙂

Około południa zatrzymuję się w przydrożnym zajeździe, planują w końcu porządną wyżerkę. Zamawiam podwójny zestaw obiadowy i znów jest kiepsko. Zjadam trochę z przymusem, bo na czymś trzeba przecież jechać. Na szczęście działa WiFi, więc sprawdzam rozkład pociągów z Koszyc. Okazuje się, że czeskie Pendolino, które mi najbardziej pasuje, odjeżdża za niecałą dobę. Szybka kalkulacja i postanawiam pozostałe około 350 km jechać już bez noclegu, zarywając przy tym oczywiście noc. Czasu mam na tyle, że nie muszę się jakość bardzo śpieszyć i spokojnie mogę stawać na posiłki, sklepy itp.

Do granicy z Węgrami w miejscowości Săcueni, mam około 100 km drogi. Przejazd przez Rumuńskie wsie po zmroku ma wyjątkowy klimat. Niebo jest piękne i gwieździste. Często sobie wyłączam lampkę, by je podziwiać. W pewnym momencie zauważam, że na środku drogi leży coś dużego. Trochę się wystraszyłem, bo myślałem, że to jakiś wielki pies. Gdy podjeżdżam bliżej okazuje się, że to siedzi sobie dwójka małych dzieci , kopcąca po ciemku papierosy 🙂

Około 2 km przed granicą, zauważam z daleka jakieś odblaski. Panowie mundurowi zatrzymują mnie i coś tam zaczynają po rumuńsku. Mówię po angielsku, że jestem z Polski i wracam do Polski. Na co jeden z nich mówi stanowczo: no Poland! Nie wiem o co chodzi, ale po chwili ten drugi go uspokaja i informuje mnie, że przejście graniczne jest zamknięte i nie przejadę. To nie jest dobra informacja. Włączam mapę i pokazują mi gdzie jest najbliższe przejście, twierdząc, że to tylko 15 km. Zawracam więc trochę zrezygnowany. Okazuje się, że 15 km, to może tam było w linii prostej. Ja musiałem nadłożyć dobrych 40 km. Na drugim przejściu jestem więc w środku nocy. Rumuński strażnik sprawdza dokumenty i mierzy mnie dziwnie. Węgierski tylko zerka na dowód i żegna mnie miłym „Have a nice trip!”

Węgry witam z ulgą, bo już jest bardziej cywilizowanie. Jednak na stacjach benzynowych nadal nie ma do zjedzenia nic na ciepło, a tego mi brakuje. W drodze przez las w kierunku miejscowości Nyiradony, co chwilę spotykam dzikie zwierzęta.. Po ciemku widzę z daleka pełno świecących par oczu. W pewnym momencie jest ich tak dużo, że muszę zwolnić, w obawie że jakieś cielsko mnie w końcu potrąci (lub odwrotnie). Zaczynam sobie głośno gwizdać lub śpiewać, bo zwrócić na siebie uwagę 😉 Około godziny 4 rano postanawiam rozprostować na godzinkę kości na stacji kolejowej.

Przed miastem Nyíregyháza zaczyna świtać. Znajduję McDonalds i w końcu jem coś na ciepło. Trochę się jednak zasiedziałem, więc muszę już od tej pory pilnować tempa i czasu, by zdążyć na zakładany pociąg do Koszyc. Ponownie czeka mnie walka z zakazami ruchu dla rowerów i węgierskimi ścieżkami. Na szczęście niektóre były bardzo sensowne.

Jakoś przed południem docieram w piękne okolice miasta Tokaj. Pogoda jest wręcz bezbłędna, więc widoki uprzyjemniają jazdę. Teren staje się jednak pagórkowaty, co skutecznie wysysa ze mnie siły. Szczególnie, że w nogach mam już ponad 300 km z bagażem.

Do Koszyc docieram na godzinę przed odjazdem pociągu. Ostatnie 25 km od granicy jechałem na zmiany z jakimś rowerzystą. Tempo było dosyć mocne, więc na dworzec wpadam wykończony i nieźle zgrzany. Marzę o czymś zimnym do picia, jednak najpierw postanawiam zakupić bilet. Pani w kasie informuje mnie, że wszystkie miejsca rowerowe w moim Pendolino są już zajęte 🙂 To jest ostatnia rzecz jaką chciałem usłyszeć. Przez dobre pół godziny próbuje jeszcze coś tam pokombinować z inną kasjerką, jednak ostatecznie nie dostaję biletu. Następne sensowne połączenie (jednak z przesiadką w Żylinie), mam za 4 godziny, więc korzystam z wolnego czasu i jadę na obiad i pozwiedzać ładne centrum miasta.

Około północy ląduję pod polską granicą w Skalité-Serafínov. Przejeżdżam kilka km w deszczu na stację w Zwardoniu. Stacja jest zamknięta, więc muszę wypłacić gdzieś pieniądze na bilet, bo w pociągu kartą nie zapłacę. Okazuje się że jedyny bankomat w miejscowości jest nieczynny. Pierwszy pociąg do Katowic mam dopiero o godzinie 5, więc po krótkich pogaduszkach z panem ochraniającym składy pociągów, kładę się na ławce, ładuję w śpiwór i zasypiam. Pół godziny przed odjazdem pan mnie budzi i w końcu wsiadam w pociąg. Nie mam jednak pieniędzy na bilet, więc sprawdzam godzinę następnego pociągu i wysiadam w Rajczy. Ciągle leje i jest zimno, więc poszukiwania bankomatu do przyjemnych nie należą. Ostatecznie udaje się dotrzeć do domu przed południem.

Powrót z przygodami, ale dzięi nim jest co wspominać po latach 🙂 Z perspektywy czasu decyzja o zarwaniu ostatniej nocy wydaje się słuszna, bo kolejnego dnia dopadłby mnie deszczowy front. Cała wycieczka bardzo udana. Deszczowych dni było niewiele. Sprzęt nie zawiódł, ładne krajobrazy i nowe doświadczenia. Do Rumunii jeszcze chętnie wrócę, jednak tym razem chciałbym zwiedzić bardziej wiejskie rejony Karpat w północnej części kraju, plus dodatkowo może ich ukraińską część 🙂 Drogi Transfagaraska i Transalpina po prostu odhaczone. Jakoś szczególnie mnie ciągnie tam z powrotem. W sumie podczas 11 dni przejechałem prawie 1600 km. Wg Stravy podjazdów nazbierało się 19416 m.